Park Ueno. Wyjazd do Japonii. Co warto zobaczyć w Tokio? cz. 1

park ueno - sakura

Parafrazując, nie ma na tym świecie dwóch takich samych kwiatów wiśni. Jak każdy z nas różni się wyglądem, tak podobnie sytuacja ma się z charakterem. Postrzegany przez nas świat jest sumą tego co przeżyliśmy i jak ukształtowały nas geny ojca i matki. Różnorodność świata jest ogromna i to czyni życie ekscytującym i zapobiega znienawidzonej często monotonii. Do czego zmierzam? Nie ma czegoś takiego jak pojedyncza recepta na zwiedzenie miasta, która pasowałaby do każdego typu turysty. Ktoś z nas woli obcować z naturą, wtedy z pewnością tokijskie parki (np. park Ueno) przypadną tej osobie do gustu. Z kolei ktoś inny uwielbia sztukę/historię/naukę i wtedy świetnie odnajdzie się w wielu muzeach, które oferuje miasto. Jeszcze inni znajdą uciechę z przebywania w ekscentrycznych miejscach Tokio, takich jak tematyczne restauracje czy kluby. Z pewnością większość z was napotka tutaj coś dla siebie. Ja starałem się spróbować wszystkiego po trochu, żeby móc wyrobić sobie ogólne zdanie na temat tego, co Tokio może zaoferować i czego mogę się spodziewać przy następnej (już dłuższej) wizycie. Poniżej przedstawiam mapkę z głównymi miejscami, które miałem wyznaczone jako zwiedzane.

mapa
Główne miejsca mojej wędrówki po Tokio.

Tydzień to niestety za mało, żeby zobaczyć wszystko. Nie jestem typem człowieka, który przed wycieczką ma wyznaczoną trasę poszczególnych atrakcji i ściśle się tej listy trzyma. Raczej poszedłem sztampą, oznaczyłem sobie najpopularniejsze punkty turystyczne i powiązałem je z miejscami do spania. Dopiero w trakcie zwiedzania, na miejscu, odkrywałem coraz to ciekawsze areały tokijskiej przestrzeni miejskiej. Czy taki sposób okazał się dla mnie odpowiedni? W momencie pisania tej notki, mam nadal mieszane uczucia. Z jednej strony nie byłem nastawiony na konkretną trasę, dzięki temu mogłem sam siebie zaskoczyć miejscami, do których trafiłem przez przypadek. Z drugiej zaś, gdy się czyta książki, przegląda zdjęcia innych turystów, zwłaszcza po podróży, to człowiek ma poczucie, że się zobaczyło za mało, a mogło więcej.  Jednak nie oszukujmy się – zawsze można dużo rzeczy „bardziej”. W pierwszej części serii „co warto zobaczyć w Tokio” zajmę się pierwszym dniem wycieczki.

Park Ueno (上野) oraz okolice

park ueno
Jedne z głównych wejść do parku Ueno.

Oficjalna nazwa miejsca to park Ueno Onshi Kōen. Znajduje się on w dzielnicy Taitō. Był to pierwszy punkt mojej wycieczki. Związane było to głównie z tym, że kursował tam bezpośredni pociąg z lotniska (a ja bardzo nie lubię przesiadek). Plus – znalazłem w tej okolicy bardzo tani kapsułkowy hotel, dzięki czemu miałem dwa pełne dni na zwiedzenie sporej ilości miejsc w tym obszarze. W innym przypadku, pewnie zaczynałbym od ścisłego centrum, obok pałacu cesarskiego. Generalnie okazało się to bardzo dobrym wyborem. W dniu przyjazdu na stację, a był to już wieczór, czułem się bardzo zmęczony (praktycznie nie spałem 24h). Kierując się w stronę budynków z zamiarem odnalezienia hotelu, dotarł do moich nozdrzy cudowny zapach kwitnących wiśni. Zerknąłem w stronę parku i zobaczyłem piękne lampiony. Poddałem się. Musiałem przynajmniej na chwilę tam wstąpić.  Skierowałem się wraz z walizką na górę, po kamiennych schodach. W pierwszym momencie byłem oszołomiony. W około krzątało się jeszcze wielu ludzi, księżyc ukazywał swą białą tarczę w całej okazałości, a dookoła drzewa pełne kwitnących kwiatów, które jeszcze kilka tygodni temu niczym się nie wyróżniały. No i te lampiony! Bijące ciepłym, delikatnym światłem. W połączeniu z tym wszystkim poczułem się jak nigdy dotąd. Pełen nieopisanego szczęścia i poczucia spełnienia własnego marzenia. Prawie się popłakałem. Takie było to nowe, inne niż sobie wyobrażałem. Ludzie zdawali się być szczęśliwi, uśmiechnięci. Wiosnę, która zdążyła się zadomowić, czuć było wszędzie. Wypisywała się nawet na rozluźnionych twarzach mieszkańców Tokio. Tak trafiłem do cudownego parku Ueno.

park ueno - lampiony
Cieszę się, że wstąpiłem tam na chwilę. Zapamiętam ten moment do końca życia.

Po zaledwie dziesięciominutowym spacerze zmusiłem się do powrotu na ziemię i wyruszyłem na poszukiwania hotelu. Prawdę mówiąc, miałem spory problem, aby tam dotrzeć. Doskwierał brak widocznego banneru, pomimo że wokół było mnóstwo innych jaskrawych, reklamowych szyldów. Oprócz kolorowej mozaiki zewsząd dobiegała dźwiękowa reklama. Ludzie pracy wracali do swych mieszkań, ale sporo z nich zatrzymywało się, aby zjeść upragnioną kolację, a jeszcze inni, żeby zagrać w Panchiko (więcej o tym napiszę w innym wpisie). Bodźce nowego środowiska gwałtem wdzierały się do moich zmysłów. Dołączyć do tego ogromne zmęczenie i miałem wrażenie, że znajduję się na całkiem innej planecie. Na szczęście do krwiobiegu przebijała się duża dawka adrenaliny, więc byłem w stanie jeszcze jako tako myśleć, dlatego o pomoc postanowiłem poprosić młodego Japończyka. Chłopak nie znal angielskiego (o angielskim Japończyków wspominam w poprzednim poście), ale pomimo tego postanowił pomóc i dzięki temu po kilkunastu minutach znalazłem się w hotelu. Wreszcie mogłem zwolnić bieg i złapać głębszy oddech.

Pomimo widma jetlagu nie miałem problemu ze snem. Drugi dzień podróży powitałem wypoczęty i pełen energii. Godzina była iście poranna około 7 nad ranem. Nie pozostało mi nic innego jak wyruszyć ku przygodzie. Zresztą dobrą opcją jest zwiedzanie z samego rana, dzięki temu omijamy duże tłumy i mamy okazję przez jakiś czas na spokojnie zwiedzić turystyczne atrakcje. Na początku odwiedziłem po raz kolejny park Ueno z którym miałem okazję zapoznać się przy świetle lampionów w spokojną wiosenną noc. Za dnia rozpościerał się przede mną mocno odmieniony widok. Drzewa zdawały się błyszczeć bielą i różem kwiatów, a Słońce postanowiło wesprzeć pierwsze dni wiosny swymi ciepłymi promieniami. „To będzie dobry dzień” pomyślałem.

park ueno - pandy
Pandy! Nawet sztuczne, wyglądają słodko ;)

Sam park Ueno jest jednym z największych powierzchniowo w Tokio. Ambitnie postanowiłem przeczesać cały i o dziwo mi się to udało. Zacząłem od strony wschodniej i poruszałem się tak, aby zahaczyć o muzea, których w parku jest kilka (ja byłem tylko w dwóch). Pierwszym z nich było Narodowe muzeum nauki (http://www.kahaku.go.jp/english/). Z racji tego, że zawitałem tam po 9, byłem jednych z pierwszych zwiedzających. Wejściówka kosztowała raptem 20 zł. Niestety pomimo dosyć dużych zbiorów i mającym w nazwie słowo narodowy, muzeum nie  oferowało angielskich napisów ani przewodnika. Musiałem więc zadowolić się samym oglądaniem. Miłą rekompensatą za tę niedogodność był ogród znajdujący się na dachu budynku.

Potem nastał czas na obiad, więc postanowiłem zapuścić się dalej, w głąb na północ i przyznam, że była to dobra decyzja. Większość mieszkańców pracowała, więc miałem okazję zobaczyć klimatyczne oraz puste, typowe dla tego miejsca, wąskie uliczki. Po kilku minutach spaceru trafiłem na knajpę, w której bardzo smacznie i dosyć tanio zjadłem. Z okna zauważyłem sylwetki nagrobków. Zaintrygowało mnie to. Szybkie zerknięcie na telefon i wiedziałem, że znajduje się obok świątyni buddyjskiej. Postanowiłem jednak tam wrócić dopiero po ZOO i kolejnym muzeum.

Wracając z pełnym brzuchem udało mi się natrafić na zakończenie roku, gdzie szczęśliwi uczniowie wygrywali na bębnach rytmiczne melodie. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Z powrotem znalazłem się w Ueno na głównym placu, gdzie zauważyłem spory krąg ludzi, który utworzył się wokół młodego kuglarza. Na początku naiwnie myślałem, że wszyscy Japończycy są cisi i niewybijający się z tłumu. Ten chłopak zdawał się temu przeczyć. Miał bardzo dobry kontakt z publicznością i świetnie wszedł w swoją rolę. Jak już coś robią to na 100%! Chciałem zostać jeszcze, aby popatrzeć na jego sztuczki oraz walkę z wietrznym żywiołem, ale czekało na mnie jeszcze tyle atrakcji.

Zoo jak zoo, wszędzie jest podobnie – miejsce pełne zwierząt, w klatkach od których się oczekuje pozowania przez cały czas. Oczywiście staram się takie miejsca racjonalizować, poprzez myśl, że często trafiają tutaj schorowane zwierzaki, lub takie, które na wolności nie miałyby szans na przeżycie. Zoo jest podzielone tak jakby na dwie części. W tej drugiej trwał remont, ale można było przejść się mostem (lub przejechać wagonikiem, ale tutaj była zbyt ogromna kolejka) i znaleźć się przy sporej wielkości jeziorze. Generalnie znajdziemy tam mnóstwo zwierząt, ale jeszcze więcej jest zwiedzających. W pewnym momencie można się zmęczyć samym tłokiem. W tym miejscu największą sławą cieszyły się pandy, czego dowodem była oddzielna kolejka do ich obejrzenia. Muszę przyznać, że jestem zdziwiony tym, jak takie słodkie miśki mogły przetrwać jako gatunek. Ewolucyjnie są bardzo słabo przystosowane do życia. Żywią się tylko bambusem, przez co nie zapadają w sen zimowy (za mało tłuszczu). Wynikiem takiej diety jest fakt, że oferują swoim małym pandom gorszej jakości pokarm, bo sam bambus nie jest zbytnio odżywczy. Jednak rekompensują to chyba swoją wrodzoną słodkością. Gdyby nie to miejsce, raczej nie miałbym okazji zobaczyć, jak misiek w zoo zajada się bambusem leżąc na plecach i mając wszystko wokół w głębokim poważaniu. Na wolności te misie żyją w trudno dostępnych, górskich warunkach (dokument: Ziemia, odcinek: Góry).

Delikatnie znużony tłumem powróciłem na szlaki parku. Trafiłem na wzniesienie, na którego szczycie znajdowała się kolejna świątynia. Tuż obok niej jakaś japońska niewiasta przygotowywała się do swojego występu przy akompaniamencie cudownej muzyki. Niestety zdjęcia nie oddadzą tego, jak piękny był to spektakl.

park ueno - gejsza
Delikatna muzyka cymbałków idealnie podkreślała ruchy tańczącej dziewczyny.

Jedynym mym wrogiem podczas podróży był czas. Miałem go dosłownie za mało. Nie mogłem nawet doczekać końca występów i ruszyłem dalej w drogę. Kolejnym przystankiem okazało się muzeum sztuki (http://www.tobikan.jp/en/index.html), które mnie zbytnio nie zachwyciło. Znowu pojawił się problem z angielskim. Oczywiście znalazło się tam dużo obrazów, ale tylko kilka zatrzymało mnie na dłużej niż minutę. Pomieszczenie z kaligrafią, to jest w ogóle abstrakcja dla kogoś kto nie zna języka. Było jednak za darmo, w przeciwieństwie do reszty. Pamiętajcie, żeby zawsze starać się pokazać kartę ISIC lub studencką. Dzięki takiemu zabiegowi można zawsze otrzymać jakąś zniżkę. Fakt – jest to trochę naciągane, bo większość uczniowskich rabatów jest do 16 roku życia, ale spróbować nie zaszkodzi 😉 Taki trochę „cebula deal”, ale 200 jenów piechotą nie chodzi.

Po obcowaniu ze sztuką wyższą poszedłem znowu do parku, tym razem kierując się w stronę świątyni szintoistycznej i jednocześnie przechodząc przez targ jedzenia. Zapachy nie z tej ziemi! Dobrze, że nie byłem głodny, bo bym rzucił się na pierwsze lepsze stoisko przepłacając przy tym kilkaset jenów więcej. W końcu stanąłem przed pięknym i okazałym budynkiem, który nazywał się Ueno Toshogu Shrine (http://www.uenotoshogu.com/en/). Wejście do środka wymagało opłaty. Czy warto czy nie, to zależy od człowieka. Ja czułem jednak, że trochę przepłaciłem. Fakt było tam święte drzewo, mini świątynia oraz gwóźdź programy czyli pozłacany budynek, ale czegoś mi zabrakło.

W związku z delikatnym niedosytem postanowiłem ponownie powrócić w miejsce restauracji, w której zjadłem obiad z zamiarem odwiedzenia świątyni buddyjskiej. Klimat dosyć specyficzny, cicho, wokół unosił się zapach kadzideł. Miejsce na pewno dobre na wyciszenie się, zwłaszcza, że wchodząc tam człowiek jest tylko gościem i zakłócenie tego spokoju jest bardzo haniebną rzeczą.

park ueno - świątynia buddyjska
Buddyjska świątynia. Miejsce, które wzbudza zadumę i wycisza człowieka.

Nienasycony tym dziwnym odczuciem poszedłem dalej w stronę dużego cmentarza (1/3 powierzchni w porównaniu do parku Ueno). Nie zapuszczałem się jakoś daleko w głąb, ale zdążyłem stwierdzić, że akurat ten był bardzo podobny do naszego polskiego. Nogi delikatnie dawały o sobie znać, ale nie było jeszcze ciemno, więc ruszyłem dalej w stronę zakupowej części dzielnicy Yanaka. Przed parkiem spotkałem dwóch mnichów-turystów. Nawet oni byli oczarowani kwitnącymi drzewami i robili im zdjęcia.

Krocząc alejką przeszedłem obok śpiewającego chóru dziewcząt. Melodia dobiegająca do uszu koiła zmęczone ciało i dawała energię na dalszą wędrówkę.  Na każdym kroku się coś działo, dosłownie!  Przyjemna pogoda, popołudnie zbliżające się ku końcowi, czułem się fantastycznie mimo, że nogi dawały w kość coraz bardziej. Po chwili znalazłem się w zakupowej dzielnicy.

Wyglądała dosyć turystycznie, chociaż zwiedzających było mniej, aniżeli bym się spodziewał. Ale za to sklepiki i stragany nie były zatłoczone. Na początku wszedłem do tematycznego sklepu, gdzie wszystko było związane z kotami, od wisiorków po szczotki do sprzątania. Natknąłem się również na sklep o dźwięcznej nazwie „Wszystko za 100 jenów”. Niestety kupiłem tylko kilka rzeczy, bo obawiałem się że zamiast ZA może być OD 100 jenów. Jednak niepotrzebnie się trapiłem. Wystarczy pamiętać, że o ile nie ma podanej ceny pod produktem, faktycznie wszystko kosztuje 100 jenów plus kilku jenowy podatek. Zahaczyłem jeszcze o kilka straganów, ale zmęczenie było już na tyle mocne, że postanowiłem wracać.

pak ueno - nocą
Park Ueno zapamiętam właśnie w ten sposób. Delikatne światło lampionów wśród drzew wiśni i mnóstwo ludzi z każdego zakątka świata.

Stamtąd podjechałem już metrem i kupiłem jakieś  smażone smakołyki na targu. W końcu było trzeba zjeść kolację. Zasiadłem na bocznej ławce w parku Ueno i zajadając się jedzeniem oraz popijając ciepłą herbatę z automatu, rozkoszowałem się widokiem nieprzerwanej masy turystów. Księżyc w pełni, muzyka dobiegająca z oddali, gwar tłumu, zapach drzew Sakury mieszający się z tanimi perfumami. Obok, siedząca na krawężniku para japońskich nastolatków – biedna dziewczyna przeżywała ogromny zawód, a chłopak ją cały czas pocieszał przytulając w mocnym uścisku. Ach te nastoletnie problemy, jak bardzo chciałbym wrócić do ich wagi. Byłem jednak szczęśliwy, tak po prostu jakbym znowu powrócił do czasów beztroskiego dzieciństwa. Chłonąłem wszystko co przedstawiał mi ten ciepły wieczór, a sceną był kwiecisty park…

park ueno - drzewa sakury
Wieczorami czas w parku zwalniał i nabierał kojącego uroku.